Miesięczne archiwum: Wrzesień 2010

Jazda po węgiersku

Jest 2010 rok. Po polskich drogach nadal jeżdżą ikarusy – autobusy starsze, głośniejsze i brudniejsze niż niejeden zdezelowany wóz trafiający na złomowisko. Paradoksalnie – świadczy to tylko o ich wytrzymałości i godnej podziwu konstrukcji.

Symbole polskiej komunikacji publicznej, co ciekawe, nie są polskiego pochodzenia. Ikarusy to autokary rodem z Węgier, produkowane przez firmę o tej samej nazwie, szczycącą się doświadczeniami. Przedsiębiorstwo Ikarus powstało w roku 1895, jednak produkcją pojazdów zajęło się w drugiej dekadzie XX wieku.

Wpierw z jego linii montażowej schodziły samochody, przede wszystkim wykorzystywane do celów militarnych. Okres powojenny okazał się jednak trudnym czasem dla położonego w Budapeszcie przedsiębiorstwa. Problemy finansowe zmusiły firmę do zawieszenia produkcji wielu modeli pojazdów, a prawdziwe jej odrodzenie nadeszło dopiero w latach pięćdziesiątych.

W połowie piątej dekady XX wieku Ikarus poszerzył ofertę o nowoczesne autokary, mogące się równać z zachodnią konkurencją; w ten sposób otworzył się na zagraniczne rynki. Choć jego maszyny nie nadawały się do świadczenia usług takich jak przewozy międzynarodowe, okazywały się idealne do wykorzystania w komunikacji miejskiej. Firma zaczęła odnosić sukcesy w Azji i Afryce.

Do Polski węgierskie autobusy dotarły w latach 70., a najpopularniejszym w naszym kraju modelem stał się Ikarus 280, którego do dziś można często spotkać m.in. na ulicach Katowic. Jak pokazał czas, są to maszyny niezwykle wytrzymałe, choć niekoniecznie ekologiczne czy wygodne według współczesnych standardów. Dlatego też, jak również z powodu kiepskiego ogólnego stanu technicznego, z wielu miast wycofano zasłużone pojazdy. Mimo wszystko nadal będzie można kupić bilety autokarowe na przejazd ikarusami – powstają już stowarzyszenia, których celem jest odrestaurowanie zabytkowych maszyn i wykorzystanie ich w postaci turystycznej atrakcji.

Ogórek czerwony ma garniturek?

Dawno, dawno temu, niestety w bardzo nieodległej galaktyce, a wręcz na naszym podwórku, panował ustrój, w którym działy się prawdziwe cuda. Kraj pogrążał się w biedzie pomimo ogłaszanych wszem i wobec gospodarczych sukcesów, polityka „wszystkim po równo” tworzyła głębokie podziały, a po drogach śmigały wielkie, czerwone ogórki.

„Ogórkami” zwano autobusy Jelcz 272 MEX, produkowane przez firmę Jelcz w latach 1963 – 1977. Pojazdy o charakterystycznie obłym, aczkolwiek całkiem gustownym wyglądzie kursowały jednak o wiele dłużej – zgodnie z zasadą, że prowizorka jest najwytrzymalszą konstrukcją.

Sprostujmy jeden fakt: mówienie o „ogórkach” jako o prowizorce konstrukcyjnej jest niesprawiedliwe (były to wszak autobusy budowane na licencji Skody, a więc solidnie zaprojektowane), jednak ich pojawienie się w Polsce było wynikiem decyzji podjętych pospiesznie, w obliczu problemu rosnącego z miesiąca na miesiąc.

Oto bowiem nasz kraj borykał się, zresztą jak większość państw, na których ręce trzymał Związek Radziecki, z technologicznym niedostosowaniem do faktycznych potrzeb. Przejawiało się ono m.in. w braku wystarczającej liczby publicznych autobusów, skutkującym tłokiem w maszynach już obecnych na drogach, oraz koniecznością długiego oczekiwania przez pasażerów na kolejny kurs.

Pojawienie się „ogórków” było dla ówczesnego rządu zbawieniem. Choć popularne jest zdjęcie pasażerów pomagających odpalić „na pych” uziemiony autobus,  nie oddaje ono faktycznego stanu peerelowskiej motoryzacji. Jelcze były maszynami wytrzymałymi. Posiadały nawet luksus rzadko spotykany w tworach epoki, a mianowicie nagrzewnice, które w zimie ocieplały pokład pojazdu. Polacy polubili czerwone ogórki i do dziś miło je wspominają.

Oczywiście współczesne autokary przewyższają jelcze w każdym aspekcie. Polskie maszyny, na przykład, nigdy nie nadawały się dla firm świadczących przewozy międzynarodowe –  ale i nie były konstruowane z myślą o dalekich kursach. Model 272 zapisał się – czy byśmy tego chcieli, czy nie – w historii polskiej motoryzacji, dlatego warto o nim pamiętać, kupując bilety autokarowe na przejażdżkę nowoczesnym, skomputeryzowanym MANem.

Drogi śmierci, cz. 3

Od korzystania z nich kierowców nie odstrasza nawet śmiertelne niebezpieczeństwo. Oto ostatnie z najbardziej ryzykownych dróg świata.

5. Patiopoulo – Perdikaki

Z tej greckiej drogi korzystają zarówno kierowcy, jak i rowerzyści, piesi, a nawet pasterze pędzący bydło. Duży ruch to jednak niejedyne niebezpieczeństwo czyhające na górskiej trasie. Nie znajdziesz tu żadnych barierek bezpieczeństwa, co w połączeniu z sypką nawierzchnią, na której pojazdy łatwo tracą przyczepność, każdego roku prowadzi do kilkunastu śmiertelnych wypadków.

6. Ruta 5

Kiedy jedziesz drogą położoną nad niezbyt stromym, ale bardzo wysokim stokiem, powinieneś zachować ostrożność. Kiedy jedziesz drogą położoną nad takim stokiem, a u jego podnóża widzisz poskręcane wraki: samochody, motocykle, autokary – wtedy należy zastanowić się nad zawróceniem i poszukaniem okrężnej trasy. Autostrada z położonej w Chile Ariki do Iquique jest bowiem najeżona niebezpieczeństwami: jeden niewłaściwy ruch kierownicą wystarczy, aby znaleźć się na dnie przepaści. Nie pomaga fakt, że chilijscy kierowcy zdają się nie dostrzegać niebezpieczeństwa i rozwijają tu rekordowe prędkości.

7. Autostrada Moskwa – Jakuck

Poczułeś zew wschodniej przygody. Wycelowałeś palcem w mapę, a los kazał ci jechać do Jakucka. Kupiłeś bilety autokarowe u rzetelnej firmy świadczącej przewozy międzynarodowe i spokojnie czekasz na dzień wyjazdu. Nie jesteś bowiem świadomy, że trasa będzie prowadzić autostradą Moskwa – Jakuck, czyli drogą położoną na terenach, na których odnotowano najniższą temperaturę w historii (nie licząc terenów arktycznych). W tym przypadku jednak niska temperatura jest zbawieniem – podłoże, choć śliskie, jest przynajmniej twarde. Jeśli wybierasz się w podróż w miesiącach letnich, musisz liczyć się z możliwością utknięcia w koleinach wyrytych w głębokim błocie. A kiedy utkniesz, staniesz się łatwym celem dla szabrowników…

Drogi śmierci, cz. 2

Spotkamy je zarówno w krajach trzeciego świata, jak i tych nazywanych potęgami politycznymi lub gospodarczymi. Każdego roku tracą na nich życie dziesiątki kierowców. Oto kolejne drogi śmierci.

3. A682

Sto ofiar w ciągu dziesięciu lat to bardzo wysoki współczynnik dla przecinającej sielankowe wiejskie tereny. Zwłaszcza w tak rozwiniętym kraju jak Anglia. Osiągnęli go kierowcy, których motocykle, samochody czy autokary wypadły z trasy, zderzyły się z innym pojazdem, lub… wpadły na wychodzące na drogę zwierzęta.

A682 to droga zdradliwa – zachęca do szybkiej jazdy, będąc jednak zbyt wąską na wykonywanie szybkich manewrów. Kupując bilety autokarowe na przejazd feralnym fragmentem A682, poproś kierowcę o szczególną ostrożność. Nie bez przyczyny A682 uznana została za dziewiątą najniebezpieczniejszą drogą świata – wypadek zdarza się na niej średnio co dwanaście minut.

4. „Route Irish”

Droga łącząca lotnisko w Badgadzie z ważniejszymi częściami Iraku, wykorzystywana przez firmy świadczące przewozy międzynarodowe, a obecnie strzeżona przez wojska międzynarodowej koalicji, zyskała złą sławę nie ze względu na zły stan czy liczbę wypadków. Przyczyną wysokiej śmiertelności na dwunastokilometrowym odcinku szerokiej, asfaltowej jezdni są bowiem samobójcze zamachy bombowe, ataki z wykorzystaniem rakietnic i broni maszynowej, a także miny – zarówno pozostałości po przeszłych wojnach, jak i materiały wybuchowe nieustannie pokładane przez rebeliantów.

Niesława autostrady jest tak duża, że droga stała się inspiracją dla angielskiej ekipy filmowej, która w roku 2010 nakręciła dramat wojenny zatytułowany właśnie „Route Irish”.

W trzeciej części naszego przeglądu zawitamy do Grecji, zobaczymy czym straszą kierowców Chile, a także poklniemy na stan dróg w Rosji.

Drogi śmierci, cz. 1

Najniebezpieczniejsze drogi świata odebrały życie setkom, jeśli nie tysiącom podróżnych. Mimo tego mordercze trasy od lat stanowią atrakcję turystyczną dla osób szukających mocnych wrażeń.

1. El Camino de la Muerte

Tego z pewnością nie spodziewają się turyści, kupujący bilety autokarowe na przejazd niezbyt solidnie wyglądającym pojazdem. Autokary wyglądające na starsze od lokalnych seniorów muszą bowiem przewieźć ich drogą najwyższego ryzyka.

Północna droga Yungas, znana też jako El Camino de la Muerte – czyli po prostu Droga Śmierci – łączy boliwijskie miasta La Paz i Coroico. Zbudowano ją niewolniczą pracą, w ramach siły roboczej wykorzystując więźniów z Paragwaju schwytanych w trakcie Wojny o Chaco. Trasę wytyczono ponad cztery kilometry nad poziomem morza, na skraju stromego stoku. W ciągu ostatnich dwunastu lat na El Camino de la Muerte zginęło co najmniej osiemnaście osób, najsłynniejszy jednak jest wypadek z roku 1983 – wówczas to w przepaść stoczył się autobus z ponad setką pasażerów na pokładzie.

2. Czengdu-Lhasa

Tybetańczycy powiedzieliby, że drogą tą ciągną przewozy międzynarodowe. Chińczycy z pewnością mieliby wobec tego stwierdzenia wiele obiekcji. Autostrada o której mowa prowadzi bowiem z prowincji Syczuan na mroźne przestrzenie Tybetu.

Droga licząca niemal dwa i pół tysiąca kilometrów biegnie między czternastoma ośnieżonymi górami, przecinając niezliczone rzeki oraz potężne lasy. Oddalona od siedlisk ludzkich trasa stanowi pułapkę dla kierowców, którym zepsuł się samochód, a także dla wszystkich, którzy w chwili nieostrożności ześlizgnęli się z jezdni. Jednocześnie jest miejscem ogromnej liczby wypadków samochodowych, wielokrotnie przewyższającej współczynnik kraks charakterystyczny dla innych prowincji Chin.

Powyższe drogi są niebezpieczne ze względu na usytuowanie. Istnieje jednak wiele tras położonych na – wydawałoby się – zaawansowanych cywilizacyjnie terenach, które również znane są z częstych i śmiertelnych wypadków. Zajmiemy się nimi już wkrótce.

Futuryści z Neoplanu

Pojazdy Neoplanu można rozpoznać z daleka – po zarysie sylwetki, która znacząco różni się od maszyn produkowanych przez konkurencję. Elementem, na który stawia niemiecka firma, jest bowiem fantastyczny, wyjęty rodem z s-f design swoich autobusów.

Neoplan to firma z siedzibą w Stuttgarcie, produkująca autobusy, autokary oraz trolejbusy, wykorzystywane przez przewoźników z całej Europy. Jej historia jest bogata, bo zaczyna się już w roku 1935; wówczas przedsiębiorstwo zakłada Gottlob Auwarter. Od początku działalności firmy ważnym elementem jej strategii były starania o stylistyczne odróżnienie maszyn od produktów konkurencji. Neoplan celował w futurystyczny design – i choć dziś bardziej dojrzałe modele wydają się toporne i przestarzałe, to nie sposób odmówić im charakteru. Należy również pamiętać, że w swoich czasach stanowiły one przykład bardzo odważnego, postmodernistycznego, a przede wszystkim ryzykownego podejścia do projektowania – wszak klientom takie wizjonerstwo mogło nie przypaść do gustu.

Poprzez dziesięciolecia Neoplan wsławiał się nie tylko dzięki wyglądowi swoich maszyn. Istotny wkład w promocję firmy miały innowacje konstrukcyjne. Niemieckie przedsiębiorstwo jako pierwsze wprowadziło wielkie okna, pozwalające pasażerom podziwiać krajobrazy nawet z miejsc położonych przy części korytarzowej autokaru. Zasługą Neoplanu jest również pokładowa wentylacja. Co więcej, firma jako pierwsza zaczęła wykonywać część elementów konstrukcyjnych z włókna szklanego. Takie działania przełożyły się na wymierne sukcesy. Coraz więcej zagranicznych przedsiębiorców świadczących przewozy międzynarodowe importowało neoplany, jako że ich obecność we flocie znacząco podnosiła prestiż przewoźnika.

Neoplan zachowuje swą wysoką rynkową pozycję do dziś. Cenią go nawet przewoźnicy z najbardziej zamożnych miast na świecie – m.in. Moskwy i Dubaju. Jeśli zatem kupisz bilety autokarowe i pod Twoje stanowisko na dworcu podjedzie neoplan, możesz być pewny, że podróż przebiegnie w komfortowych warunkach.

Człowiek nie wielbłąd, ale autobus – i owszem

Kubę, pomimo panującego w jej granicach ustroju, warto odwiedzić z wielu powodów. Po pierwsze – jest to piękna wyspa, pełna miejsc w których można się rozerwać, wypocząć czy zabawić. Po drugie – wycieczki nań nie są tak drogie jak w przypadku innych, równie egzotycznych lokacji. Po trzecie – jeśli jesteście fanami motoryzacji, znajdziecie tam pojazdy, które zrobią na was spore wrażenie. Dobre lub złe. Prawdopodobnie złe.

Jednym z najpopularniejszych środków transportu w kraju Fidela Castro są autobusy i autokary. Bardzo nietypowe autokary – zwane również „wielbładami”. Camello, bo tak brzmi ich nazwa w języku hiszpańskim, to prawdziwe potwory – potężne ciężarówki z naczepami pasażerskimi, mające za zadanie dostarczyć pasażerów do miejsca przeznaczenia bez zważania na takie szczegóły jak komfort jazdy.

W „wielbłądach” może zmieścić się (czy raczej upchnąć) aż trzystu pasażerów. Niewiarygodny wręcz tłok połączony z brakiem klimatyzacji, a także z brakiem możliwości otwarcia większości okien, sprawił że obecnie wiele autobusów jeździ z szybami powybijanymi przez zdesperowanych pasażerów. Na szczęście podróże „wielbłądem” nie należą do długich – pojazdy kursują między najważniejszymi dzielnicami Hawany.

Kupując bilety autokarowe na przejażdżkę Camello (szkoda byłoby odpuścić sobie tę atrakcję, będąc w Hawanie – tym bardziej, że „wielbłądy” powoli znikają z tamtejszych ulic) miej na uwadze nie tylko to, że wygodą pojazdy te nie dorównują maszynom posiadanym przez firmy świadczące przewozy międzynarodowe. Ba; nie dorównują nawet starym polskim autobusom. To pozostałości po najgorszym okresie we współczesnej historii kraju, kiedy zacofanie względem krajów Zachodu było najbardziej dotkliwe. Licz się zatem z niewygodami – i pilnuj swojego portfela. Pasażerowie zatłoczonych Camello stanowią łatwy cel dla kieszonkowców. Niech to jednak nie zniechęca cię przed przejażdżką. Turyści niezadowoleni z wyprawy „wielbłądem” należą do rzadkości.

Ci wspaniali mężczyźni w swoich… szkolnych autobusach

Kilkudziesięciotonowe żółte potwory, mknące po zakręconej trasie, cudem unikające wypadków (albo i nieunikające), z kierowcami dopingowanymi dzikim wrzaskiem podekscytowanych kibiców. Wyścigi szkolnych autobusów? Coś takiego tylko w Ameryce.

Amerykanie lubią emocje – zwłaszcza wywoływane względnie prostym (bo na pewno nie tanim) sposobem. Nic zatem dziwnego, że na torach położonych w granicach USA ludzie ścigają się dosłownie wszystkim – samochodami, monster truckami, łodziami motorowymi, ciężarówkami, a nawet… szkolnymi autobusami. Jest to rodzaj wyścigów wywołujący największe kontrowersje.

Autokary wykorzystywane w tego typu zawodach to pojazdy mocno zmodyfikowane, z zamontowanymi klatkami ochronnymi i silnikami przewyższającymi nawet te, które montowane są w autobusach świadczących przewozy międzynarodowe. Pojazdy wyścigowe nie nadają się do powrotu na codzienne trasy; są zbyt narowiste i nieprzystosowane do warunków drogowych. Nie dlatego jednak te niezwykłe maszyny wywołują masę kontrowersji.

Prawdziwą przyczyną są wypadki. Z uwagi na trudność w zapanowaniu nad rozpędzonym autobusem groźne kolizje zdarzają się o wiele częściej niż np. na wyścigach monster trucków. A kiedy już do nich dojdzie, mogą być tragiczne w skutkach. Pojazdy są ogromne i ciężkie, zatem w przypadku uderzenia w trybuny stanowią ryzyko dla większej grupy widzów. Aż 11 osób zostało rannych we względnie niewielkiej kraksie, która miała miejsce podczas wyścigów autobusów mających miejsce w Ohio, w końcówce maja 2009 r.

Mimo wszystko trudno odmówić wyścigom autobusowym widowiskowości i uroku. Podziwianie pojazdów, które na drogach każdego dnia, w tak nietypowej sytuacji – uderzających w siebie z impetem, pędzących jak wyścigowe bolidy – z pewnością sprawia że codzienność wydaje się ciekawsza. Bilety autokarowe kupujemy chętniej, jeśli wiemy do czego jest zdolny niepozorny mechaniczny wieloryb. Dlatego z chęcią zobaczylibyśmy wyścigi autobusów i u nas. Z chęcią postawilibyśmy pieniądze na słynnego przegubowego Ikarusa. Pod warunkiem, że organizatorzy wyścigu odpowiednio zabezpieczyliby tor.

3D Fast Bus w ruchu

Pamiętacie nasz wpis o chińskim autobusie, który jak żaden inny zasługuje na tytuł „wysokopodłogowego”? Chodziło o pojazd jeżdżący na wysięgnikach, ponad samochodami. Wtedy zaprezentowaliśmy Wam tylko jego projekt graficzny. Teraz możecie przyjrzeć się animacji, lepiej obrazującej ideę „3D Fast Busa” (bo tak określają go sami Chińczycy).